Moja Praga –  08.05.2016

Do ostatniej chwili nie byłam pewna, czy pojadę do Pragi mimo, że wpisowe opłaciłam kilka miesięcy wcześniej. Zaczęło się od Kazia, który pobiegł w Berlinie w 2015 roku i kiedy spytałam jak było – powiedział – Małgosia ja wciąż tam biegnę.

Emocje, które sobie wówczas wyobraziłam spowodowały, że też chciałam to poczuć i nie mając jeszcze konkretnego planu po prostu postanowiłam też pobiec w maratonie. Chciałam zapisać się na ten berliński, ale nie zdążyłam, więc wybrałam Pragę. Opłaciłam wszystko i czekałam do maja 2016.




Rok 2016 bardzo ciężko mi się zaczął w pracy. Byłam tak obciążona pracą i terminami, że wciąż brakowało czasu na odpowiedni trening. Mimo to jak tylko mogłam to biegałam i chodziłam na siłownię. Tuż przed Pragą w pracy było już tak ciężko, że w piątek myślałam, że nie wyjdę z biura, a przecież w sobotę musiałam być po odbiór pakietu startowego, bo w niedzielę o 9:00 miałam startować.

Bardzo przytłoczyła mnie ta sytuacja i właściwie zdecydowałam, że nie jadę. Niestety czułam się z tego powodu coraz bardziej sfrustrowana. Ostatecznie o godzinie 16:20 po prostu wyszłam z biura. Zostawiłam wszystko i pojechałam do domu. Na ostatnią chwilę Adam załatwił jakiś hotel i dosłownie na wariackich papierach wrzucając cokolwiek do walizki, ruszyliśmy.

Jechaliśmy przez Niemcy, przez Saską Szwajcarię. Pogoda była cudowna, a widoki zapierały dech w piersiach. Wiedziałam, że dobrze zrobiłam. Wcześniej jeszcze kardiolog mi odradził tak wymagający bieg. Tak szczerze to zlekceważyłam to. Czułam, że mogę biec. Czułam, że chcę i że muszę, bo zwariuję. Nie miałam przygotowania, bo cały tydzień nie biegałam. Odżywiałam się byle jak, bo też nie miałam czasu zadbać o odpowiednią dietę przed startową. Pojechałam więc na żywioł. Czytałam przedtem sporo tekstów o maratonach pisanych przez różnych ludzi, którzy maraton zrobili i to nie raz. Każdy tak naprawdę straszył. Jednak intuicyjnie wiedziałam, że przecież każdy inaczej znosi wysiłek. Każdy ma inną psychikę, a przecież to też jest ważne.

pakiet

Psychicznie byłam do maratonu przygotowana. Bardzo się bałam takiego wyzwania, ale wiedziałam, że jestem w stanie pokonać swoje słabości. Ten strach i pokora przed królewskim dystansem tylko mi pomogły podczas biegu. Nie szalałam, byłam ostrożna, nie ścigałam się. Praga okazała się być trudnym terenem. Bardzo mało płaskich odcinków. Miasto położone jest na dość mocno pofałdowanym terenie. Na początku liczyłam podbiegi, ale przy siódmym przestałam.

Po dotarciu na stare miasto czułam już ten klimat ożywionych emocji zawodników. Oczywiście to zaczęło się udzielać. Trudno określić ten stan.

Euforia? Radość? Szczęście?

A może po prostu wszystkie te odczucia zmieszane razem. Ustawiłam się w swoim sektorze i czułam, że chcę już biec. Wokoło słyszałam rozmowy w różnych językach świata. Spontaniczne wybuchy śmiechu i zniecierpliwienie podobne do mojego.

1

Każdy czekał na start. Nagle tłum ruszył. Zrobiło się jeszcze głośniej niż było ponieważ tłum wybuchał gromkimi okrzykami.

Biegliśmy.

W uszach już tylko muzyka i doping ludzi wokoło. A Praga kibicuje pięknie i nie tylko na starcie. Miasto kibicuje i dopinguje. Ma się wrażenie i poczucie, że uczestniczy się w czymś wyjątkowo ważnym. Od samego startu ciągle w głowie miałam myśl, żeby dobrze rozłożyć siły, żeby nie iść na „pełen gwizdek”. Wiedziałam, że pierwsze 21 km spokojnie mogła bym przebiec w dwie godziny z niewielkimi minutami, ale ponieważ to był mój pierwszy maraton nie wiedziałam, co będzie później. Na ile starczy mi sił i energii. Biegłam, więc bardzo ostrożnie. Nie wiedziałam w jakim tempie, bo oczywiście aplikacja mi przestała działać. Próbowałam ją uruchomić, ale wciąż się wyłączała. Stwierdziłam, że chrzanić aplikację, po prostu biegnę.

2

Od rana było już gorąco. Wiedziałam, że może być ciężko, bo źle znoszę upały. Wolę biegać w chłodne dni. Do tego zapomniałam przebrać buty i pobiegłam w butach, które kupiłam dzień wcześniej.

buty

Bez względu na to wszystko stwierdziłam, że nie ma co teraz się przejmować czymkolwiek poza samym biegiem. Do 5 km było jakoś ciężko, chyba się rozgrzewałam. Później czułam, że jest już lżej.

I w zasadzie tak do 15 km.

Na 15 km czekał Adam.

Dał mi izotonik, na chwilę zwolniłam, ale zaraz pobiegłam dalej. Później już nie pamiętam gdzie się jeszcze spotkaliśmy. W każdym razie już po półmaratonie umówiliśmy się, że będzie czekał na 32 km ze starymi butami, tak na wszelki wypadek.

Słońce prażyło coraz bardziej.

Do 20-go km jeszcze trafiał się cień lub tunele, nagle od 20 do 25 km biegło się w pełnym słońcu, a zbliżało się południe.

To była prawdziwa masakra.

most karola

Czułam, że puchnę z gorąca. Zatrzymywałam się na każdym punkcie żywienia. Jadłam, piłam i polewałam się wodą z kubków. Oczywiście nie rozstawałam się z gąbką, która naprawdę ratowała mi życie w tym upale. Czułam jednak, że dam radę. Między 25 a 28 km wsłuchiwałam się w różne swoje myśli. Modliłam się, powtarzałam różne mantry i wyobrażałam sobie siebie na mecie. Starałam się sama motywować. Szczególnie na podbiegach. Na tym dystansie coraz więcej ludzi po prostu idzie. To trochę demotywuje, bo jesteś zmęczona i masz ochotę tak jak pozostali trochę odpuścić. Jednak biegłam. Po drodze zjadłam dwa żele i nadal biegłam. Na podbiegach po 28 km już prawie wszyscy szli, a ja miałam w głowie słowa Karola Małeckiego – mojego trenera z siłowni – który „męcząc” mnie do upadłego powtarzał jedno krótkie zdanie – „w górach mi podziękujesz”. Biegłam i dziękowałam Karolowi, bo tu w Pradze nie było lżej. Na podbiegach bywało, że byłam jedyną osobą, która nie idzie lecz nadal biegnie.

Karol wielkie dzięki ! Nie tylko za góry, przede wszystkim za Pragę. I tak na zmianę, podbiegi i zbiegi i prawie nic płaskiego, aż nadszedł 38 km, po przekroczeniu którego poczułam, że tracę moc. Postanowiłam iść, lecz nagle słyszę za sobą czyjeś wołanie: don’t stop, make jogging, go,go, go.




Zobaczyłam starszego mężczyznę, który do mnie dobiegł. Jego słowa zadziałały jak super energetyk. Biegliśmy tak razem aż do 40-go kilometra urpawiając jogging i rozmawiając. Gość był z Wielkiej Brytanii, rozstaliśmy się na punkcie żywieniowym, bo ja wolałam wodę, a on uznał, że to co stoi na końcu, czyli na ostatnim stole jest lepsze i pobiegł po napój izotoniczny. Już go nie dogoniłam, ale dość długo nie traciłam go z oczu i biegłam. Później zniknął. Znowu zaczęłam tracić siły, ale stwierdziłam, że to przecież ostanie 2 km, więc muszę biec. Biegłam, czułam jak w o dwa numery za dużych butach brakuje mi już miejsca i ciśnie mnie w palce. czułam jak mnie piecze całe ciało od soli. Polewałam się wodą i biegłam. To ostatnie 2 km. Muszę biec – powtarzałam jak mantrę.

Praga kibicowała, ludzie motywowali, dodawali otuchy i wiary. Biegłam, aż zobaczyłam tabliczkę 900 m do celu i czułam, że chyba już nie mogę. Zaczęłam więc iść i czułam jak rozpacz ściska mi gardło. Wszystko już bolało – lewa stopa konała, a prawie biodro zaczęło mówić – zwolnij. Szłam tak 200 metrów i chciało mi się płakać. Czułam, że chyba już nie będę w stanie zmusić się do dalszego biegu.

meta2

Przy tabliczce z napisem 700 metrów do celu jednak ruszyłam. Ostatkiem sił, ale ruszyłam myśląc sobie, że po 200-300 metrach ponownie odpocznę i do mety najwyżej dojdę. I tu się myliłam, bo kiedy przebiegłam kolejne 200 metrów, to już nie można było się zatrzymać. Tłumy wiwatowały, muzyka nakręcała do każdego kolejnego kroku, ból się nie liczył, niemoc się nie liczyła. Wpadłam już w przedział 500 metrów przed metą, kiedy to chyba musiałam bym zemdleć, żeby przestać biec.

meta1

Biegłam więc i nie czułam już nic poza tą szaloną radością, że się udało, że za chwilę meta. A na mecie……radość, wzruszenie i czyste szaleństwo. Jakaś młoda dziewczyna, która przekroczyła linię mety zaraz za mną krzyknęła coś do mnie – nawet nie wiem w jakim języku, ale miała łzy w oczach. Wpadłyśmy sobie w ramiona i się uściskałyśmy.

metaTych wrażeń nie da się opisać. To trzeba przeżyć. To trzeba poczuć.

Wiem jedno, jak już się przebiegnie jeden maraton to się wie, że to nie był pierwszy maraton, przede wszystkim się wie, że to nie był ostatni maraton. Bez względu na ból i zmęczenie to uczucie, że można, daję taką wiarę w siebie i daje taką moc. Człowiek ma wrażenie, że można góry przenosić i dotknąć gwiazd jak tylko się zechce.

Mojej Pragi nigdy nie zapomnę.

Kaziu – ja wciąż tam biegnę w tej Pradze. Wiesz co czuję prawda?

Gosia Sobczyk

medal

Strona Organizatora, gdzie znajdziemy wyniki, zdjęcia i inne ciekawe informacje – tutaj