Maraton Moskwa cz. III ostatnia

Maraton to wyzwanie nie tylko dla ciała, ale i dla umysłu. Ten moskiewski przeżywałam podwójnie, bo sam wyjazd do Moskwy był spełnieniem jednego z moich marzeń, a na dodatek to był maraton, na którym postanowiłam poprawić czas, a nie miałam jak zwykle kiedy odpowiednio się przygotować. Jechałam tam z takim bólem kręgosłupa, że chwilami ledwo chodziłam.

Nie wiedziałam, co mi jest, bo zwykle nie jest mi nic, a nie zdążyłam pójść do lekarza. Bolało w takim miejscu, że byłam przekonana, że to kręgosłup. Jak się później okazało – po powrocie do Polski – nie był to żaden kręgosłup, ale…. nerki

Cóż ból nie mógł mnie powstrzymać, kiedy już tu byliśmy i kiedy przeszliśmy tyle przygód i trudności związanych ze startem w tym maratonie – o czym pisałam w poprzednich częściach.

Wreszcie niedziela, 25 września 2016 roku. Rano już się obudziłam zanim zadzwonił budzik. Obfite śniadanie w hotelu. Kibelek obowiązkowo. Podróż metrem na stadion Łużniki. Emocje były tak silne, że szczerze mówiąc nie pamiętam jak dojechaliśmy na miejsce. Pamiętam tylko, że cała impreza była świetnie zabezpieczona. Wszędzie bramki i ochrona, ale mimo to nigdzie nie tworzyły się zatory, wszystko przebiegało sprawnie, a przecież na Łużnikach pojawiło ponad 8 tys. zawodników – 6603 mężczyzn i 1210 kobiet (taką informację znalazłam na stronie organizatora)




Już za bramkami spotykamy Mirka. Arletka pojechała o jedną stację dalej, bo na dystans 10 km start był w innym miejscu. Idziemy do swoich sektorów . Mam sektor G dla osób, które zadeklarowały czas 4:30. Adam odprowadził mnie najdalej, gdzie mógł wejść, później już musiałam iść sama, bo wpuszczali tylko startujących.

Byłam pełna obaw, bo nie wiedziałam, czy dam radę w 4:30 zrobić 42,2 km. W Pradze miałam 4:53, ale wiedziałam, że to nie był szczyt moich możliwości. Jednak poprzeczkę ustawiłam sobie dość wysoko, bo „urwanie” 23 minut na takim dystansie to nie lada wyczyn. W Pradze biegłam bardzo ostrożnie, bo nie miałam pojęcia jak rozłożyć siły. W końcu to był pierwszy maraton i trudno było mi oszacować kiedy zmęczenie osiągnie szczyt i czy w ogóle sobie z nim dam radę. Różni ludzie mnie straszyli maratońska ścianą i takie tam. W zasadzie ciągle ktoś mnie straszył, a nikt nie dał żadnej otuchy, ale ja przecież pracuję w korpo, więc mało kto wie jakich nawyków człowiek nabiera, żeby radzić sobie ze strachem, presją, stresem, manipulacjami, nienawiścią, nieczystą grą, chwilową utratą sił do walki. Mało kto wie jakie mechanizmy uruchamiają się w człowieku jak ciągle żyje w poczuciu zagrożenia i ciągłej gotowości do walki. Mało kto wie, że my – pracownicy korpo musimy trzymać się jednej zasady – póki oddychasz WALCZ i się nie poddawaj. Nie licz na przyjaciół, bo ich nie ma. Zawsze jesteś sama. Smutne prawda? Taka jednak jest cena, a przecież wszystko ma swoją cene. Te 23 minuty, o które postanowiłam zawalczyć też miały swoją cenę. Byłam tego świadoma.

W Moskwie wiedziałam już, że spokojnie mogę sobie w miarę równo rozłożyć siły tak ok. 1 godziny z minutami na 10 km licząc z przerwami na punktach żywieniowych. I to miałam zakodowane w głowie.

Wiedziałam jednak, że na takiej trasie przychodzi moment kryzysu, który może być trudno pokonać. Trudno też przewidzieć kiedy może się pojawić.

Stałam sama w tym tłumie, który buzował jak lawa w mającym za chwilę wybuchnąć wulkanie. Emocje się udzielały. Słychać było jak puszczają poszczególne sektory do startu. Co chwilę po starcie jednego z sektorów posuwaliśmy się do przodu, ale jeszcze nie biegliśmy.

Wszyscy wokoło byli roześmiani, zadowoleni, robili sobie zdjęcia, rozgrzewali się i czekali, czekali, czekali pełni podniecenia.

W końcu dotarłam do linii startu, emocje były tak silne, że zapomniałam o bólu. Włączyłam zegarek i chodu do przodu. Biegłam spokojnie, dość wolno. Nie mogłam się doczekać, aż będę na trasie, bo wiedziałam, że jest poprowadzona najpiękniejszymi zakątkami Moskwy.

1

Nie wiem kiedy minął pierwszy kilometr. Czas miałam naprawdę bardzo wyważony, bo 6:19 min/km. Teraz zaczęłam przyspieszać, żeby utrzymać tempo 5:50 – 6 min/km.

Temperatura była optymalno bo ok. 8-9 stopni C. Zaczynało robić się słonecznie. Pierwsze kilometry biegliśmy wzdłuż rzeki Moskwy. Pierwszą atrakcją był widok na tle błękitnego nieba Hotelu Ukraina, a zaraz w tle futurystyczne budynki Moscow City. Na szczęście Mirek, który biegł sporo przede mną zrobił foty. Mirek zawsze na wszystko był przygotowany jak należy

2

3

Wrażenie było niesamowite, bo już z daleka widać było „Ukrainę” i w miarę pokonywania kolejnych kilometrów Hotel był coraz większy. Najpierw z daleka można było go oglądać z jednej strony, a w miarę jak się do niego zbliżaliśmy okrążaliśmy go widząc od frontu. Był potężny. Robił piorunujące wrażenie. Podobnie było z budynkami Moscow City, które można było podziwiać z bliska na 6 i 7 kilometrze.



Słońce odbijało się w szklanych ścianach wieżowców. Zdjęcia nie oddają całej wspaniałości tego widoku przy pięknej pogodzie na tle błękitu nieba.

4

Ten odcinek trasy biegłam z Aleksandrem. Aleksandra i jego żonę poznałam w kolejce po pakiety startowe. To on mnie teraz zauważył i zawołał. Młody chłopak, Rosjanin -informatyk, pracownik banku. To był jego pierwszy maraton, więc oszczędzał siły, bo też był pełen obaw podobnie jak ja w Pradze. Po chwili rozstaliśmy się i ja pobiegłam do przodu ponieważ czułam, że energia mnie rozpiera, a zbyt wolny bieg mnie męczy. Czas 6:15 – tak biegł Aleksandr – nie był czasem dla mnie, jeszcze nie na tym etapie maratonu. Czułam, że jestem już rozgrzana, bo zwykle właśnie potrzebuję 6 do 7 kilometrów na rozgrzewkę, a później już jakoś idzie „z górki”.

Te oszałamiające widoki jakoś bardzo mnie podkręcały. Czułam, że mogę biec bez końca. Czułam ten bolący kręgosłup, ale wiedziałam, że dam sobie z tym radę. Biegłam i czekałam, na kolejne piękne widoki.

Dziwna na tym odcinku trasy była zupełna cisza. W Pradze na ulicach był ogromny doping i wszędzie muzyka i kibice, a tu zupełna cisza. Pusto na ulicach. Tylko gdzie, niegdzie policja. I tak było jeszcze przez wiele kilometrów. Praktycznie aż nie dobiegliśmy do Kremla.

Mijały kolejne kilometry – 8, 9 i w końcu 10 kilometr. Tu chwila przerwy na punkcie żywieniowym. Wszystko doskonale zorganizowane. Do picia woda i Power Ride, do jedzenia pomarańcze, banany i chyba coś jeszcze, ale nie przyglądałam się za bardzo. Wypiłam izotonic, a za chwilę wodę. Ruszyłam dalej. Czas na dziesiątce miałam 1:00:05. Uznałam, że najważniejsze to utrzymać takie tempo. Nie czułam się jeszcze zmęczona. Analizowałam w głowie jak biec. Mój Garmin był niezastąpiony. Pozwalał mi kontrolować czas i rozkładać siły. Biegnąc czułam się naprawdę szczęśliwa. I tylko czasami ten ból w krzyżu powodował, że się po prostu wkurzałam i nawet przyspieszałam, zupełnie jakbym chciała szybciej dobiec, żeby się położyć, albo usiąść i trochę sobie ulżyć.

Miałam ze sobą trzy shoty magnezowe. Pierwszy wzięłam właśnie po 10 km. Dodawały naprawdę sił, co prawda nie od razu, ale po jakiś 7-10 minutach czułam jakbym dostała jakiś zastrzyk wzmacniający.

Biegłam i czułam się jakoś tak wewnętrznie silna. Zwykle kiedy biegnę na dłuższym dystansie, to zaczynam rozmyślać, analizować. Wiedziałam, że wszystkie problemy zostały gdzieś daleko za mną. Tu i teraz liczy się tylko to, że mogę sobie coś udowodnić. Mogę sobie udowodnić, że jeśli chcę to pokonam każdą swoją słabość, każdą chwilowa życiową „podłamkę”. Wiedziałam, że wszystko jest jak ten bieg. Biegniesz, jest ciężko, ale jeśli nie zrezygnujesz, jeśli się nie poddasz, to cel zawsze osiągniesz. Trudno opisać jak takie myśli dodają mocy, ale dodają. To co się wtedy z człowiekiem dzieje jest niepowtarzalnie piękne. Żaden ból, żadne zmęczenie nie jest w stanie tego popsuć. A może tylko tak mi się wydaje, ale wtedy tak czułam. Złościł mnie tej straszny ból w krzyżu, ale im bardziej bolał tym bardziej chciałam biec. Na przekór temu, co boli. I tylko zerkałam na Garmina i na czas, żeby nie zaszaleć za mocno, bo emocje pchały do przodu, ale rozsądek podpowiadał, żeby nad emocjami też panować, że siły mogą się wyczerpać, a organizm może zaskoczyć.

Zaczęłam też trochę obserwować ludzi. Ktoś nagle zwolnił – starszy siwy gość. Zaraz podbiegła do niego rosyjska para – mężczyzna z kobietą i zapytali, czy potrzebuje pomocy i czy rozmawia po rosyjsku. Gość chyba też był Rosjaninem, bo również po rosyjsku odpowiedział, że wszystko dobrze, tylko musi odpocząć. Ten widok był dość wzruszający. Uczestnicy nie myśleli tylko o sobie. Zwracali uwagę na innych.

5

Zauważyłam, że ludzie wokoło bardzo byli przejęci tym, o czym mówiono przez mikrofony na starcie – żeby jeden na drugiego uważał i w razie potrzeby pomagał. To było bardzo budujące. Takie nie korporacyjne. Wyglądało to tak jakby nikt nie biegł tylko dla siebie, ale również dla drugiego – tego biegnącego obok.

Tak sobie myślałam wtedy, że maraton to wspaniała sprawa. Jesteśmy tu naprawdę razem choć się nie znamy i nie ważne kto kim jest, co w życiu robi, albo czego nie robi. Jesteśmy wyzwoleni z naszych ról społecznych, zawodowych, religijnych. Nasze pochodzenie nie ma znaczenia. Jednoczymy się w jednym wspólnym celu – biegniemy w tym maratonie. Wspólnie podejmujemy ogromne wyzwanie i wysiłek wierząc, że można wygrać ze sobą. Świadomość, że inni obok nas też walczą ze swoimi słabościami, biegną być może w jakimś celu. Mają jakieś postanowienia. Spełniają pasję, marzenie, albo chcą o czymś zapomnieć. Czują być może podobnie jak my. Poszukują swojej mocy, aby nigdy nie stracić nadziei, kiedy życie postawi ich kiedyś w trudnych sytuacjach. Maraton to taki życiowy test dla takich amatorów jak ja. Po części też ucieczka przed tym korporacyjnym „syfem”.



Maraton to walka nie tylko ze zmęczeniem, wyczerpaniem, ale z własnymi myślami, wątpliwościami. Maraton to też radość czerpana z samego biegu. Z poczucia swojej ludzkiej mocy, to też doznania estetyczne i za każdym razem duchowa przemiana i odrodzenie. Jeśli zapomnisz kiedykolwiek, że masz w sobie siłę, więcej niż czasami jesteś sobie w stanie wyobrazić, to pobiegnij maraton, a wtedy to zrozumiesz, albo po prostu sobie przypomnisz. Maraton to oczyszczenie ze złogów myślowych.

Biegnąc przeżywasz chwile, kiedy chce ci się płakać. Nie chodzi o chwilowe kryzysy. Chodzi po prostu chęć rozpłakania się ze wzruszenia, kiedy poczujesz, ze masz moc sprawczą. Kiedy po wielu tygodniach, czy wręcz miesiącach kiedy dźwigasz swoje stresy w pracy i w życiu codziennym czujesz, że możesz zrobić wszystko, co chcesz, to pojawia się tak silne wzruszenie, że po prostu łzy zaczynają spływać po policzkach. Po moich spłynęły w pewnej chwili. Czułam, że jest mi lżej, że będę mogła po dobiegnięciu do mety spokojnie wrócić do trudów dnia codziennego i jak zwykle pokonam je tak jak maraton.

Ryczałam właściwie kilka razy, między innymi również kiedy widziałam te wszystkie piękne widoki Moskwy, w której się zakochałam jeszcze zanim tam pojechałam. Wzruszało mnie wiele rzeczy. Wzruszali mnie Rosjanie, którzy byli niesamowicie spontaniczni, sympatyczni i otwarci.

Wzruszał mnie widok każdej złotej kopuły cerkiewnej, bo zaraz przypominałam sobie widok ludzi, którzy w ciągu dnia po prostu idą się pomodlić i w tej modlitwie się zatapiają bez reszty. Wchodzą do cerkwi zanim pójdą do pracy, zanim zrobią zakupy. W cerkwi jest cisza i skupienie tak wielkie, że chwilami ma się wrażenie, że słyszy się myśli modlących się tam ludzi. Ten klimat się udzielał i czułam, że tam mogła bym odnaleźć coś na wzór i podobieństwo Boga, o którym uczą święte księgi różnych religii. Tymczasem chyba odnajdywałam go w maratonie, a właściwie w sobie. W każdej swojej myśli i każdym postanowieniu. Czułam go w sobie w postaci swojej moc, która mnie przepełniała, bo chyba tylko tak mogę opisać. Skupienie. Im bardziej byłam zmęczona, tym bardziej wiedziałam, że mam w sobie moc, biegłam nie tylko nogami, ale umysłem. Skupienie i pełna koncentracja na tym co robię.

Nie wiem do końca, co to było, ale ……. jeśli chcecie to poczuć, to pobiegnijcie maraton. Jest czas na zrobienie porządków w swojej głowie. Jest czas na nabranie sił, nawet jeśli te fizyczne słabną, kiedy każdy skrawek mięśnia już boli. Umysł pokazuje nam naszą własną boską moc.

Biegłam, a kilometry mijały – 10, 20, 30. Czas miałam w miarę ok. Postanowiłam, że utrzymam zadeklarowany czas 4:30, dlatego cały czas kontrolowałam zegarek. Koło Kremla nagle coś się zaczęło dziwnego dziać z moim GARMINEM. Chwilę nie patrzyłam, a tu nagle 39 kilometr. Czas jakiś taki dużo lepszy. I zaraz kilometr 40-sty. Patrzę w ten zegar i nie mogę uwierzyć, ale za chwilę niespodzianka. Duża tablica z podanym dystansem, a tu dopiero 38 km. Co jest do cholery? – myślę sobie. Zgubiłam się? Pobiegłam nie tak? Okazało się, że to wszystko działo się w pobliżu Kremla, a tu zakłócają sygnały GPS. Garmin mi zwariował.

6

Biegną, a tu dopiero punkt żywieniowy. Już się pogubiłam w kilometrach i w czasie. Zmęczenie zaczęło też robić swoje i trochę trudno było się już skoncentrować. Tym bardziej, że na tym odcinku trasy pojawili się już kibice. Zrobiło się wokół wesoło i głośno. Trochę to rozpraszało, ale i dodawało sił.

Lekka dezorientacja. Zatrzymałam się na punkcie żywieniowym chyba ok. 39 kilometra, nie pamiętam już. Wiem tylko, że to był błąd. Biegłam po tej przerwie już dużo wolniej. Po drodze był spory podbieg. Po zatrzymaniu się nagle poczułam, że nie mogę się rozruszać. Biodra jakby mi ktoś zacementował.

Łydki, uda – wszystko zaczęło być trochę jakby sztywne. Poczułam się zaskoczona i odrobinę przerażona. Stwierdziłam, że trudno choćbym miała biec w 8 minut kilometr, to trzeba biec. Pierwsze kroki po zatrzymaniu się na tym ostatnim punkcie były jakimś nieludzkim wyczynem. Nagle poczułam jak mnie stopy od spodu bolą. W końcu cały czas klepało się asfalt albo bruk.

Zmusiłam się jednak do przyspieszenia, przecież jeszcze wciąż oddychałam, musiałam więc walczyć. Ponieważ nie mogłam jakoś bardzo dokładnie kontrolować swojego położenia, więc stwierdziłam, że będę tylko kontrolowała tempo. Ostatni czas jaki pamiętam to było ok. 37 kilometra i miałam jakoś tak 6:08 – 6:12/km. Później GARMIN oszalał jeśli chodzi o wskazanie dystansu, ale pokazywał jednak tempo. Na tej podstawie wymyśliłam sobie, że jak pobiegnę nawet całkiem wolno np. między 7-7:30 to i tak mniej więcej powinnam zmieścić się w wyznaczonym sobie czasie.

I tak jakoś biegłam te ostatnie 2 kilometry, ale najlepsze było to, że nie wiem jak ja to zrobiłam, ale nie zauważyłam już nigdzie tablic z informacją o dystansie i naprawdę nie wiedziałam ile mi jeszcze zostało. Biegłam więc z nastawieniem, że jak będę biegła, to po prostu dobiegnę.

Nagle wokoło pojawiło się coraz więcej ludzi kibicujących, słychać było muzykę i zobaczyłam metę. To już? – pomyślałam sobie. Jakoś tak automatycznie przyspieszyłam, chciałam już dobiec do mety i odpocząć. Okrzyki ludzi wokoło podkręcały atmosferę i działały jak dopalacze. Czułam, że wciąż przyspieszam, a wraz z przyspieszeniem czułam jak wielkie dopada mnie zmęczenie. Widok mety jednak utrzymywał mnie na „dopingu”, jestem coraz bliżej i jakież było moje rozczarowanie kiedy zobaczyłam, że owa meta, to nie jest jeszcze meta. To dopiero ta wielka wybudowana dla widzów trybuna i jednocześnie most, po którym można było przejść nad drogą, którą biegli maratończycy. Złudzenie, ale jakże bolesne, bo do mety było jeszcze jakieś 800 metrów.

Niby niewiele, ale kiedy wyczerpiesz już resztkę sił….. Nieeeee pomyślałam sobie. Nie mogę teraz się poddać.

Nie wiem, czy ktokolwiek jest sobie w stanie to wyobrazić, jak to jest kiedy masz świadomość, że to zaledwie 800 metrów, ale to więcej w tej chwili niż te 41, które już masz za sobą. I dopiero tu zaczyna się mordercza i rozpaczliwa walka. O każdy ruch i o każdy oddech, którego zaczyna ci brakować.

Przegięłam się lekko w przód, nie patrzyłam już przed siebie, żeby się nie dobijać widokiem dystansu, który jeszcze pozostał do pokonania. Po prostu wbiłam wzrok w asfalt i tylko kątem oka widziałam rozszalały tłum uwieszony na ogrodzeniu zabezpieczającym trasę. Słyszałam jak wiwatują, jak dopingują, jak krzyczą, grają na trąbkach. „Maładcy, maładcy” – dzwoniło mi w uszach. Czułam się przez chwilę jak zwierze, miałam wrażenie, że nosem wychodzi mi para. Ślina w ustach zaschła. Wargi miałam zeschnięte i obolałe, bo zaczęły pękać . Czułam smak krwi na języku. Skóra na twarzy i karku piekła od soli, która się skrystalizowała i była wyczuwalna pod palcami jak piasek. Każdy skrawek ciała czułam tak dokładnie i wyraźnie. Byłam w jakimś amoku. Opuchnięte dłonie i łydki, napięty kark. Zmęczone i przepracowane biodra. Starałam się nie myśleć już o mecie, tylko o tym, żeby biec. Biec aż dobiegnę. Przecież to już na wyciągnięcie ręki. Walka trwała. Przecież wciąż oddychałam i ciało dawało radę. Wokół tyle ludzi, a ja byłam sama. Sama ze sobą.

Wpadałam na metę i nie mogłam się zatrzymać. A kiedy się już zatrzymałam to pożałowałam, bo wtedy dopiero poczułam cały ten ogromny ból zmęczenia. Stałam tak chwilę w zawieszeniu. Trochę niedowierzając, że to już koniec. Teraz tylko jeszcze medal i trzeba czekać na jakieś wyniki, bo nawet nie wiedziałam jaki miałam czas. Kiedy wpadałam na metę widziałam zegar i czas 4:53. Tak sobie pomyślałam – taki sam jak w Pradze – szkoda, bo myślałam, że pobiegłam lepiej.

Dopiero po kilku godzinach dotarło do mnie, że to chyba czas brutto os startu pierwszego sektora, ale czekałam. Chyba dopiero następnego dnia w hotelu przyszło mi do głowy, że przecież trzeba wejść na stronę maratonu i sprawdzić, czy są wyniki. Weszłam i sprawdziłam. Wyniki były już opublikowane.

Jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam, że mam czas 4:31. Czyli dałam radę, mniej więcej dobrze wyznaczyłam sobie przedział czasowy. Ucieszyłam się jak dziecko. Ta jedna minuta…..to będzie do nadrobienia następnym razem.

Zdzwoniliśmy się z Mirkiem i Arletką i postanowiliśmy opić nasze wyniki. Jak tak zaczęliśmy balować, to ostatecznie w nocy zamiast iść spać, poszliśmy „w Moskwę” i Moskwa rzeczywiście wtedy była nasza.

Najpierw poszliśmy pod Muzeum Kosmonautyki, gdzie zrobiliśmy zwariowaną sesję zdjęciową. Następnie postanowiliśmy odnaleźć słynny pomnik Mosfilmu. Wszystko robiło piorunujące wrażenie, bo te ich pomniki były tak wielkie, że po prostu gęby nam się otwierały ze zdziwienia i zachwytu zarazem. Jakby to powiedział Siara z Kilera – „mają rozmach skurwisyny”.

7

Muzeum Kosmonautyki

Symbol MosFilmu – Robotnik i Kołchoźnica

To był szał ciał. Ostatnia, ale szalona nocka w Moskwie. Ostatecznie trafiliśmy na ostatnią noc spektaklu pod gołym niebem „Krug swieta”.

Wszystko było takie oszałamiająco piękne. Wielkie fontanny, złocone figury. Muzyka. Spektakl świetlny.

Nie chciało się nam wracać do hotelu. Po drodze nieco dalej trafiliśmy na koncert jakiegoś zespołu rockowego na skwerze w parku.

Wszyscy się świetnie bawili, a klimat Moskwy nocą…… bezcenny.

Po tym maratonie w tę noc, czuliśmy się wszyscy jak bohaterowie, którym wszystko układało się zgodnie z planem, a nawet lepiej. Rosja, Moskwa – pozostaną w moim sercu na zawsze z najpiękniejszymi wspomnieniami.

A tym, którzy to czytają mogę jedynie zaoferować namiastkę tego wszystkiego w postaci zdjęć.

Słyszałam takie powiedzenie, że Rosja to stan umysłu. Bardzo mi się to spodobało, ale przerobiłam to trochę pod siebie – MARATON TO STAN UMYSŁU.

 

POPRZEDNIE CZĘŚCI 

MARATON MOSKWA CZĘŚĆ 1

MARATON MOSKWA CZĘŚĆ 2